Recenzja „Złodziejka książek”

Uczciwość nakazuje by recenzując książkę być szczerym, co znaczy ni mniej ni więcej, jak tylko w nawet najwspanialszym dziele zasiać ziarno krytyki. No cóż, pewnie jest w tym jakiś sposób, w końcu historia nie zna dzieła nieobsmarowanego choćby przez jedną osobę.

Zasady sobie, a serce sobie. Zdarzają się takie osobliwości, jak w tym przypadku, że słowo krytyki więźnie w gardle. Można wytykać mało istotne szczegóły, ale jaki jest tego sens, skoro w ostatecznym rozrachunku małe grzeszki i tak zostaną odpuszczone.

Nie chcę jednak, żeby było zbyt kolorowo.  Miałam spore obawy, co do tej książki związane przede wszystkim z wysoką oceną i pochlebnymi recenzjami. Zauważyłam taką tendencję, że te najbardziej doceniane egzemplarze nie przypadają mi do gustu. Przeanalizowałam samą siebie i zrozumiałam, że nie jestem na tyle dojrzałym czytelnikiem, by docenić to, co większość uważa za piękne, na to potrzeba czasu i praktyki. Stąd też, podchodziłam do Złodziejki z dozą ostrożności. Czytałam dokładnie każde zdanie nie spiesząc się, nie opuszczając przez roztargnienie nawet mało znaczących fragmentów. Opłaciło się? To chyba już jest jasne.

Książka opowiada historię nastoletniej Liesel Meminger, dziewczynki, która na pierwszych stronach jeszcze nie wie, jak bardzo jej los zwiąże się ze słowem i książką. Czasy są nieprzyjemnie, ujmując to delikatnie- II Wojna Światowa nie rozpieszcza nikogo.

Zdesperowana matka decyduje się oddać dwójkę swoich dzieci pod opiekę niemieckiej rodziny, w obawie przed losem, jaki mógłby je spotkać. Niestety do Molching, docelowego miasteczka, dociera tylko Liesel, jej młodszy braciszek dokonuje żywota w wiozącym ich pociągu. Wydarzenie to odciska ogromne piętno na życiu dziewczyny.  Wtedy Liesel pierwszy raz widzi Śmierć, narratora opowieści, wtedy też ma pierwszy kontakt z książką i po raz pierwszy kradnie. Jak się później okazuje, żaden z tych pierwszych razów nie będzie ostatnim.

Ukradziona uczniowi grabarza książka jest podręcznikiem przyuczającym do fachu. Liesel tego nie wie, gdyż nie potrafi czytać. Swój łup traktuje, jako jedyną pamiątkę po pogrzebanym Wernerze. Nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że w przyszłości dzięki tej nietypowej lekturze, ona również stanie się czeladnikiem. Jej narzędziem nie będzie jednak łopata, a słowo. W ten prosty i nieco dziwny sposób autor przedstawia nam początek niezwykłej przygody dziewczynki  i książki, a także daję próbkę swojego nietypowego poczucia humoru.

W dalszej części poznajemy losy zastępczej rodziny Liesel, Rosy i Hansa Hubermannów, dziwnego małżeństwa, które początkowo sprawia wrażenie zupełnie obcych sobie ludzi. Rosa, przysadzista kobieta o kartonowej twarzy, niewyszukanych manierach, oschła i ciężka w obejściu oraz jej mąż ciepły Hans, mrugający porozumiewawczo do Liesel, zawsze obecny, cudowny papa. Ostatecznie oboje okazują się być kochającymi rodzicami, każde na swój sposób, o pojemnych sercach, otwartych na ból charakterystyczny dla owych czasów. Wprowadzają Liesel w dorosłość, oswajają ją z panującymi zasadami, przekazują swój wzór etyki. Od nich dowiaduje się, co jest dobrem, a co złem i kiedy można o tym mówić, a kiedy, dla własnego dobra, należy milczeć.

Poznajemy Maxa, Żyda niemieckiego pochodzenia, który w obliczu holocaustu znajduje schronienie pod dachem Hubermannów. Jego obecność w domu Liesel staje się początkiem pięknej i gorzkiej przyjaźni oraz wyzwaniem dla odwagi i dyskrecji dla całej czwórki. Złodziejka poznaje nowy świat, widziany oczami Zbędnego człowieka.

Jest też Rudy, najlepszy przyjaciel Liesel, o włosach jak cytryna. Stał się jej kumplem, powiernikiem, towarzyszem psot i wspólnikiem w kradzieżach. Ich relacja od początku nie jest łatwa. Rudy darzy dziewczynkę uczuciem głębszym niż przyjaźń i się z tym nie kryje. Przy każdej okazji to demonstruje i stara się wywalczyć pocałunek, którego świadomie nigdy nie doświadcza. Ona sądzi, że nie jest w stanie obdarować go takim uczuciem, jakiego on pragnie. Gdy dowiaduje się, że jest inaczej, nie ma już odwrotu, jest za późno na wyznania.

Książka w większości opisuje życie codzienne niemieckiego miasteczka, a w szczególności mieszkającej w nim Liesel. Dowiadujemy się z niej o skutkach wojny, lecz nie wprost. Jest ona jedynie tłem dla wydarzeń, które mają miejsce. Czytamy o pracy, biedzie, przyjaźni, praniu, nauce i innych przyziemnych sprawach, które składają się na życie. Przyzwyczajamy się do poznanych postaci, kibicujemy im trzymając kciuki. Związujemy się emocjonalnie z każdym, kogo poznajemy, choć niekoniecznie jest nam to potrzebne. W ten sposób dochodzimy niemal do końca historii i właśnie wtedy uświadamiamy sobie, że to, co zrobił z nami autor jest bestialskie. Mimo, że wcześniej uchyla nam rąbka tajemnicy, nie jesteśmy przygotowani na ostatni, niestety nokautujący cios. Zbyt wiele przeżyliśmy z poznanymi bohaterami, by bez mrugnięcia okiem, bez uronienia choć jednej łzy zamknąć książkę. M. Zusak doskonale wiedział, co robi, pozwalając nam się cieszyć sukcesami i smucić niedolami wraz z uczestnikami zdarzeń. Dziękuje mu za to i jednocześnie klnę pod nosem:

Co za saukerl!

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.