NaTeatr.pl

maski

Dużo mówi się ostatnio o kryzysie tak zwanych tradycyjnych mediów. Że rośnie zadłużenie telewizji publicznej. Że prywatnych nadawców nie dopieszczają reklamodawcy. Że papierową prasę wyparły internetowe przeglądarki, monitory i ekrany urządzeń mobilnych. Że radio to przeżytek na miarę faksu. Że to i że tamto.

Jak będzie – czas pokaże. Sam mogę się przyznać, że kabel wiodący od anteny do telewizora przeciąłem jakieś dwa lata temu. Do dzienników nie zaglądam od roku. Do tak zwanych tygodników opinii straciłem cierpliwość, kiedy zaczęła się sztafeta zmian redaktorów naczelnych. Zaliczam się wciąż do zabójczo policzalnej grupy czytelników tak zwanych pism „branżowych”, poświęconych teatrowi. Zacząłem tez ostatnio słuchać audycji teatralnych w radiowej „dwójce”, ale wyłącznie dzięki temu, że dostępne są na stronie internetowej nadawcy.

Nawiązuję powyższymi akapitami do przykrej w sumie rozmowy, w której uczestniczyłem przed kilkoma dniami. Dotyczyła ona wymiany pomysłów na promowanie polskiego teatru w aktualnej sytuacji, czyli takiej, w której ów teatr interesuje tradycyjne media tyle, ile dozorcę wyliniały kocur, błąkający się przy śmietniku. Skończyła się na obserwacji, że tak zwane „środowisko” ludzi zajmujących się teatrem jest w przestrzeni Sieci dość strupieszałe.

Wspominam spektakl Via Intolleranza II Christopha Schlingensiefa, na który wybrałem się niespełna miesiąc temu. Pokazowi towarzyszyły duże oczekiwania i szumne zapowiedzi, poprzedzone przyzwoitą kampanią reklamową. Abstrahując od gustu, wartości przedstawienia, jakości technicznej pokazu i indywidualnego stosunku do osoby Hansa-Thiesa Lehmanna, można chyba przyznać, że w proporcjach naszego życia teatralnego było to zdarzenie ważne. Ile miejsca dotąd poświęcono mu w mediach internetowych? Wyliczam: autorska zapowiedź w NaTemat.pl, komentarz do spektaklu w dziale kultury wp.pl, kawałek tekstu w ramach podsumowania Warszawy Centralnej w internetowej Res Publice oraz jeden akapit w cyfrowym wydaniu Wyborczej.

Nie pomagają wydawcy redakcji internetowych, którzy przejęli nawyki od kolegów z ich telewizyjnych, prasowych i radiowych odpowiedników. Już słyszę odpowiedź, że teatr się „nie klika”. Jasne, ze się nie klika, skoro tekst składa się z leadu połączonego z zapowiedzią spektaklu, skopiowaną ze strony teatru. Albo jest napisany na kolanie, opublikowany bez korekty, a post factum autorowi nie chce się poprawić błędów merytorycznych, kiedy wytykają mu je czytelnicy.

Informacje i opinie to jedno. A co z tą częścią sieci, która animowana jest przez samych użytkowników? W Internecie ze świecą szukać miejsca, w którym odbywa się wymiana jakichś gorących emocji na temat polskiego życia teatralnego. Ongiś najbardziej hardkorowe miejsce do dyskusji, czyli forum e-teatru za sprawą zwiększenia bezpieczeństwa, wprowadzenia moderacji i obowiązku rejestrowania się pod imieniem i nazwiskiem zamieniło się w kolejnego nudziarskiego klona tematycznego działu forum gazeta.pl. Cóż, teraz przynajmniej ma się pewność, że nikt nie ukradnie nam wirtualnej tożsamości, kiedy zajęci będziemy lekturą recenzji z Wieczoru Trzech Króli.

Brak emocji zastanawia mnie o tyle, że nie wyobrażam sobie bardziej wścibskiej i plotkarskiej społeczności, niż grono tak zwanych „ludzi teatru”. Dzięki działom literackim, palarniom i dziekanatom wie się tu wszystko o wszystkich, przed wszystkimi. Mogło się wydawać, że podpięcie tego środowiska pod Internet będzie dla naszego życia teatralnego zmianą porównywalną do wymiany zwykłego krzesła na elektryczne. Nic z tego. Plotkuje się wciąż analogowo. Nawet jurodiwe facebookowego życia teatralnego, czyli koleżanki z Po co do teatru nie budzą swoimi znaleziskami emocji większych od smętnego „lajka”.

Blogerzy? Znam bodaj cztery polskie blogi o teatrze. Zaglądam regularnie na dwa. Owszem, trafiają się sporadycznie teksty poświęcone teatrowi na blogach poświęconych szeroko rozumianym aktywnościom kulturalnym czy lajfstajlowym, ale te pierwsze ograniczają się zwykle do „veni, vidi, vici” a te drugie do wiecznie nie rozstrzygalnej kwestii, czy do teatru można iść w dżinsach. Etatowego blogera szukał kiedyś Teatr 6. piętro, ale po tym oryginalnym pomyśle został tylko ślad na stronie teatru w postaci informacji o nie wyłonieniu zwycięzcy konkursu z powodu „niewystarczającego poziomu [zgłoszonych] recenzji”.

Vlogera zajmującego się polskim teatrem nie spotkałem i szczerze powątpiewam, że przedstawiciel tego gatunku występuje w Internecie.

Widział ktoś kampanię viralową, poświęconą nowej teatralnej premierze? Ktoś błysnął spektakularnym pomysłem na promocje teatru w Sieci, poza wysłaniem newslettera, albo konkursu, w którym można wygrać bilet na nie wyprzedany spektakl?

Szukam pomysłu na konkluzję i przychodzi mi do głowy, że być może racje miała pewna polska reżyserka teatralna w swojej słynnej przemowie, dotyczącej formułowania pełnych zdań i ich miejsca we współczesnym, polskim teatrze. Wypowiedź dotyczyła twórczości Sławomira Mrożka, ale po kilku latach zdaje mi się nieźle odpowiadać sytuacji „ludzi teatru” wrzuconych w odmęty Sieci. Ciekawe, że wobec dramaturgii Mrożka padło wtedy określenie, że jest… papierowa.

A może po prostu pochowały się siostry teatrolożki i pochowali się bracia teatrolodzy, próbując gdzieś tam na świecie związać koniec z końcem? I może najważniejsze: czy poza nimi kogoś to w ogóle obchodzi?

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.